Planeta Tajlandia

Zakochany w Tajlandii

Na plaży w Tajlandii

Jak się nazywasz i skąd jesteś?

Nazywam się Michał i urodziłem się w Bielsku-Białej, choć moje kontakty z tymże miastem urwały się wiele lat temu. Liczę sobie lat 27, choć w głowie dalej 15. Z wykształcenia jestem optykiem.

Rozumiem, że myślałeś o przyjeździe do Tajlandii od dłuższego czasu. Skąd ten pomysł? Dlaczego akurat Tajlandia?

Choć może to zabrzmieć niczym początek kiepskiego romantic story rodem z kalifornijskiego Hollywood, to bynajmniej nim nie jest. Nawet pomimo tego, iż zaczyna się od tajskiej niewiasty, która zza komputera w odległym Bangkoku, postanowiła zainicjować rozmowę. Miałem wtedy raptem 16 lat, może o rok więcej, lub mniej, i wiedzę na temat tego kraju raczej ubogą. Tajlandia szybko stała się moją obsesją. O królestwie czytałem w internecie, jak i w książkach, oglądałem programy dokumentalne, a kiedy nie nie było na czym spocząć wzroku, to w myślach wędrowałem po plaży w Hua Hin. Rozkoszowałem się słońcem delikatnie ogrzewającym skórę i lekkim wiatrem ją chłodzącym, w jednej ręce trzymałem butelkę piwa Singha, a w drugiej dłoń skośnookiej piękności, o długich czarnych włosach, lekko przyciemnionej skórze i obfitej w… niech będzie pojemność płuc. Niestety, aby fantazja stała się rzeczywistością, musiałem jeszcze trochę poczekać.

Bangkok - stolica Tajlandii

Wreszcie w kwietniu 2008, odwieczne marzenie stało się rzeczywistością. Drzwi samolotu otworzyły się i momentalnie żar przypominający otwarcie piekarnika prawie zwalił mnie z nóg. Dzisiaj nie przeszkadza mi chodzenie na uniwersytet lub do pracy,  w długich spodniach i koszuli, nawet specjalnie się nie pocę. Ale dla nieprzyzwyczajonego przybysza z zimnej Europy, spotkanie z Tajlandią w kwietniu, czyli środku ryduu ron (sezon gorący), kiedy temperatura potrafi dobić do 400 C, potrafi być dosłownie brutalnym doświadczeniem. W trakcie 3-miesięcznej podróży, zwiedziliśmy każdy rejon Tajlandii, a także Chiny i Kambodżę. My, czyli ja i moja ówczesna dziewczyna – Karine. Co tu dużo mówić – rzeczywistość nie odbiegała od fantazji, które przez lata ukształtowały się w głowie. Spotkałem się też z laską z internetu, o której wspominałem wyżej. Zresztą do dzisiaj zdarzy nam się wyjść razem na imprezę. Oszalałem i w ogóle nie chciałem wracać. Odmiennego zdania była jednak moja francuska partnerka, której doskwierał brak sera i luksusów świata zachodniego. Wróciliśmy więc do Londynu.

Następne dwa lata były raczej ciężkie. Nie mogłem pogodzić się z powrotem do ponurej Europy.

Londyn jest dla mnie domem, do Wielkiej Brytanii przybyłem jako osiemnastolatek i miasto to kocham, ale mimo wszystko nie jest to Bangkok. Od tamtej pory codzienne lektury o Tajlandii nie były już o miejscach wartych odwiedzenia, a raczej na możliwościach podjęcia pracy, cenach mieszkań, wymaganiach wizowych, certyfikatach, które warto wyrobić przed wyjazdem, et cetera. W tamtych czasach nie było żadnych polskich blogów o Tajlandii i nie dało się skonsultować z tajską Polonią. Wyjazd był więc „w ciemno” i nie byłem pewien, czy w ogóle istnieje możliwość znalezienia pracy przez Polaka. Większość mojej wiedzy o Tajlandii pochodziła ze strony www.stickmanweekly.com. Pewnego dnia nie wytrzymałem – przerwałem 4-letni związek, zwolniłem się z salonu optycznego na Camden, w którym pracowałem i kupiłem bilet w jedną stronę…

Czy czułeś się przygotowany do przyjazdu? Czy udało ci się znaleźć z Londynu pracę?

Początkowo przygotowałem się do pracy jako nauczyciel angielskiego. Jeszcze w Londynie zdobyłem certyfikat TEFL (Teaching English As Foreign Language). Ponad to, z brytyjskiego Home Office (czyli urzędu imigracyjnego), zabrałem UK Permanent Residency, dokument potwierdzający, że mieszkam na stałe w Anglii i stanąłem na progu wyrabiania angielskiego obywatelstwa, od czego ostatecznie odwiodła mnie cena oraz czas oczekiwania. W Tajlandii miałem znajomego z Nottingham, który zorganizował mi rozmowę o pracę na kilka dni po moim przyjeździe. Nie było jednak tak różowo. Po zrobieniu demo lesson, szkoła nigdy do mnie nie oddzwoniła. Ponadto znałem jedną Tajkę z poprzedniego wyjazdu. I to by było na tyle jeśli chodzi o moje przygotowanie.

Jak wyglądały twoje pierwsze dni i tygodnie? Czy coś cię tu zaskoczyło po przyjeździe?

Od pierwszych godzin było zajebiście :-). Na miejscu miałem ustawione parę spotkań z laskami z www.thaifriendly.com i pierwszą dziewczynę miałem w sześć godzin od przekroczenia granicy. Byliśmy razem przez następne osiem miesięcy.

Nie mogę powiedzieć, żeby cokolwiek mnie zaskoczyło. To nie był mój pierwszy raz w Tajlandii i praktycznie codziennie czytałem o tym kraju. Zalogowałem się do guesthouse‚u na Khao San Road za 100B za noc. Pokój przypominał pryczę więzienną, ale wtedy akurat mi to nie przeszkadzało. Pierwszą pracę znalazłem po pięciu dniach. I to była jedyna praca, którą musiałem sam znaleźć – od tego momentu ludzie proponują mi różne zajęcia spośród których wybieram te które bardziej mi odpowiadają, lub więcej płacą.

Jakie to były zajęcia? Jak długo już tu jesteś i czym się w tym czasie zajmowałeś?

Od kiedy przybyłem do Tajlandii, minęły już trzy lata. Do dzisiaj pamiętam początki. Kiedy szukałem pierwszego mieszkania, zmuszony byłem znaleźć właściciela znającego chociaż trochę angielski. Dziś nie jest to już problemem; wchodzę i od razu strzelam po tajsku, a zamawiając w restauracji jedzenie Polski nauczyciel w tajskiej szkolepotrafię nie tylko przeczytać tajski alfabet, ale również i go zrozumieć. Gorzej jest z tajskimi tonami w pięciu wykonaniach, które zmieniają znaczenie słów. Pomimo tego, że znam między 1000 a 1500 słów w lokalnym języku, problemy z komunikacją występują częściej niżeli bym sobie tego życzył.

Czym się zajmowałem? Najpierw była pierwsza szkoła i uczenie angielskiego, potem druga. Cały czas dorabiałem robiąc tłumaczenia i pisząc treści na strony internetowe (copywriting). Przez rok pracowałem na pełny etat w agencji turystycznej; typowa praca biurowa, klepanie na komputerze i tabelki Excela. Uczyłem się też przez rok tajskiego w prywatnej szkole. Obecnie studiuje angielski na uniwersytecie i mam znacznie ograniczony czas, w związku z czym pracuję w kilku miejscach na part-time; w agencji rekrutacyjnej nauczycieli angielskiego, a także sam daję prywatne lekcje. Tak czy inaczej, nie interesują mnie już prace na pełny etat – godzinowe stawki są o tyle lepsze, że pracując w kilku miejscach można zarobić więcej, pracując dosłownie dwie, trzy godziny dziennie. Od czasu do czasu potrzebny jest polski przewodnik, albo w Tajlandii, albo w krajach ościennych, zazwyczaj w Kambodży lub Malezji. Wtedy pakuję plecak i jadę wraz z turystami zagranicę… W Angkor Wat byłem już tyle razy, że zdążyło mi to miejsce bardzo obrzydnąć. Od czasu do czasu mam też grupy chętne do nauki języka polskiego. Są to studenci medycyny, którzy wyjeżdżają na studia do Lublina. Za nauczanie polskiego można zgarnąć lepsze stawki, niż za angielski, ale bez znajomości znalezienie tak niszowej pracy jest praktycznie niemożliwe.

Uczysz Tajów polskiego? To ciekawe. Jak sobie radzą? Masz jakieś specjalne metody nauki?

Słabo, żeby nie powiedzieć, że tragicznie :-). Polski jest bardzo trudny, a tajski z kolei jest językiem, w którym gramatyka praktycznie w ogóle nie istnieje. Stąd trudności w rozumieniu rzeczy których nie da się nawet przetłumaczyć. Utrzymuję kontakty z kilkoma byłymi studentami, którzy są już w Polsce i zazwyczaj wiedza, która im pozostała w głowie po 30-godzinnym kursie, ogranicza się do podstawowych zwrotów typu: dzień dobry, dziękuję, przepraszam, et cetera. Jeśli chodzi o metody nauczania, to posiadam bardzo fajny podręcznik dla obcokrajowców uczących się polskiego i z niego korzystam.

Wspomniałeś, że studiujesz na uniwersytecie. Jak wygląda tutaj studiowanie?

Indeed, studiuje TESOL English, a właściwie to śpię na większości zajęć, bo przerabiany materiał mam raczej opanowany. Mój wydział jest kierunkiem międzynarodowym, około 80% grupy to Anglicy, 20% Amerykanie, jest jeden Niemiec, no i oczywiście reprezentant Polski, czyli ja. Tajów w naszej grupie nie ma w ogóle. Teoretycznie dość głęboko analizujemy gramatykę, o czym native speakerzy nie mają zbyt wielkiego pojęcia. Stąd oni zakuwają jakieś czasowniki posiłkowe, zasady future perfect progressive, phrasal adverbs, et cetera, podczas gdy ja, mieszkając jeszcze w Polsce, poznałem ten materiał podczas prywatnych lekcji. Stąd nie muszę się specjalnie wysilać. Ponadto, teoretycznie uczymy się Business Thai, ale mając za sobą rok nauki w prywatnej szkole, ponownie – nie muszę się w ogóle uczyć i mógłbym ze startu przystąpić do egzaminów. Grupa uczy się materiału typu tajski alfabet. Niektórzy znają język całkiem dobrze, inni w ogóle. Nie jesteśmy podzieleni na zaawansowanych i początkujących. Z innych zajęć, mamy między innymi historię języka, teaching reading/writing/listening/vocabulary, educational research, lingwistyka, fonologia, et cetera.

Czy pracujesz z Tajami? Czym się różnią w podejściu do pracy od Europejczyków?

Owszem, pracuję i różnice są dostrzegalne. Przykładowo w biurze mamy Tajki, które nawet, jeśli coś konkretnie zachrzanią, to nie za bardzo można je za to opieprzyć. Jeśli się to zrobi, to jest spora szansa, że taka Tajka już w ogóle nie wróci do pracy. Trzeba im na spokojnie i z uśmiechem wytłumaczyć. W Tajlandii pracuje się po tajsku; czyli trochę pracy, a potem przerwa na kawę, plotki, Facebook, itd. Potem znowu coś tam się popracuje i znowu przerwa. Na pewno nie można o Tajach powiedzieć, żeby ciężko pracowali, zresztą widać to na każdym kroku. Jak jest komputer, to obowiązkowo jest i Facebook albo YouTube. Każdy ma też iPhone’a, na którym aplikacje takie jak Line, czy WhatsApp są w permanentnym użytkowaniu.

Kiedyś mieliśmy w office Taja, który ze 3-4 razy dziennie kładł głowę na biurku i spał po 10-15 minut. Pytałem szefa, czy to już nie jest przegięcie pały, a on odpowiedział coś w stylu: „daj mu pospać, zmęczony jest chłopak”.

Tak się pracuje w biurze. Kiedy pracowałem w szkole, to oczywiście standardowo nikt mnie nie informował o odwołanych zajęciach, English Camp‚ie następnego dnia w sobotę, czy innych uroczystościach, w których miałem uczestniczyć. Tajscy nauczyciele angielskiego wstydzą się mówić po angielsku. Jeśli tylko odkryją, że zna się chociaż trochę tajski, od razu się przełączają na ten język. Są wyjątki. Niektórzy Tajowie faktycznie znają angielski, ale w większości są to osoby, które studiowały za granicą. O tajskim systemie edukacji było już powiedziane wiele – dużo ważniejsze są dni sportu, szopki z okazji dnia nauczyciela, czy jakiś świąt buddyjskich, albo urodziny ciotki króla, niżeli sama nauka. Jeżeli jakieś święto przypadnie czasami w weekend, to Tajowie nie przyjdą do pracy w poniedziałek, żeby się czasami nie zmarnowało.

Słońce plaża i palmy

Jak długo planujesz pozostać w Tajlandii?

Planuję pozostać w Tajlandii do momentu znalezienia lepszego miejsca na ziemi. Odwiedzając jednak około 30 krajów, Tajlandia jest absolutnie bezkonkurencyjna. Stąd poświęciłem dość sporo czasu na naukę tajskiego, wierząc, że to właśnie Tajlandia pozostanie moim domem na stałe. W Polsce nie było mnie od lat, nie planuję odwiedzać ojczyzny nawet na kilka dni. W ogóle mnie nie ciągnie do tego pomysłu, mając na uwadze, że za mniejsze pieniądze mogę odwiedzić np. Malediwy. Nie wszystko w Tajlandii jest różowe – są problemy z wizami, legalną pracą, kupowaniem nieruchomości i zakładaniem firmy, ale mimo wszystko życie jest tu dużo łatwiejsze. O pracę bardzo łatwo, pieniądze są dobre, dziewczynę można poznać nawet w drodze do sklepu. Pogoda jest absolutnie idealna, no może poza wrześniem i październikiem, wtedy deszcz potrafi być uciążliwy. Wiele osób źle też znosi upały w marcu i kwietniu, ale ja osobiście nawet wtedy nie używam klimatyzacji, której nie lubię. Wielką zaletą są też ceny, praktycznie wszystko poza alkoholem jest śmiesznie tanie. Przykładowo mój apartament w samym centrum 10-milionowego miasta kosztuje mnie 6000B. Dla mało wymagających, poza centrum pokój z łazienką może kosztować nawet 1500B. Jedzenie jest śmiesznie tanie, taksówki też niewiele kosztują. Alkohol w klubach nocnych kosztuje za to więcej niż w Londynie.

Mówisz o tajskich dziewczynach. Jakie są związki z Tajkami? Nie ma problemów z komunikacją? Czy są różnice kulturowe?

Powiedziałbym, że to zależy od oczekiwań. Większość Tajów ma bardzo luźne podejście do seksu, choć nie brakuje też Tajek, Z tajską dziewczynąktóre w miejscu publicznym odmówią nawet trzymania za rękę. Jeśli chodzi o przygody, to jest to wręcz idealne miejsce – posiadanie trzycyfrowej ilości partnerów seksualnych jest całkiem powszechne w tych rejonach. Wychodząc w weekend na imprezę, trzeba się wręcz starać, żeby kogoś nie poznać. Schody zaczynają się podczas związków. Wtedy różnice kulturowe wychodzą na jaw.

Z mojego osobistego doświadczenia Tajki są raczej słabymi materiałami na dziewczynę, ale być może nie jest to obiektywna opinia. Największym problemem jest to, że one zwyczajnie kłamią i do tego myślą, że jest to słuszne postępowanie. Tajowie wierzą, że lepiej skłamać, niżeli sprawić partnerowi przykrość prawdą.

Lokalne dziewczyny są też strasznie dramatyczne, zazdrosne i zaborcze. Potrafią wszczynać awantury z innymi laskami z urojonych powodów, rzucać szklankami o ścianę, dać po mordzie, etc. Wszystkiemu towarzyszą łzy i wrzaski jak z brazylijskiej telenoweli.

Dużym problem jest komunikacja. Nawet, jeśli znajdzie się Tajkę, która dobrze zna angielski, to zdarza im się coś źle zinterpretować. Istnieje też dość staromodne podejście do związków, gdzie wiele dziewczyn oczekuje, że obowiązek płacenia za wszystko spada na stronę męską. Z drugiej strony, zostawiając Tajkę samą w pokoju, można oczekiwać, że po powrocie będzie on posprzątany, koszule wyprasowane, a obiad ugotowany. Taki podział istnieje, choć są wyjątki, zwłaszcza wśród wykształconych Tajek z dobrą pracą.

Jakie masz plany na przyszłość?

Biorąc pod uwagę, że różnice w zarobach w przypadku pracy na etat oraz prowadząc własny business są abstrakcyjne, zdecydowanie planuję otworzyć coś swojego. Będąc tu trzy lata, mam kilka pomysłów co może wypalić. Niefortunnie jednak, zmuszony jestem podzielić się pomysłem i znaleźć sponsora, gdyż studiując nie jestem w stanie odłożyć pieniędzy niezbędnych do inwestycji we własne przedsięwzięcie. Na pewno nie planuję pracować jako nauczyciel angielskiego za 35 000B na miesiąc, co jest standardową stawką w tej branży w Bangkoku, nawet pomimo tego, iż kierunek studiów który obrałem może sugerować coś innego. Nie mówię też, że są to małe pieniądze, niektórzy ludzie zarabiają tyle samo w Londynie i nie narzekają. Ale prowadząc własny biznes można zarabiać dziesięć razy tyle, więc zamierzam podążać śladami biznesmenów.

Co byś poradził komuś, kto zastanawia się nad przyjazdem do Tajlandii na dłużej?

Hmm, Tajlandia nie jest dla każdego. Na pewno polecałbym przyjechać tutaj najpierw na długie wakacje, a dopiero potem rozważyć przeprowadzkę. Jak już wspomniałem, nie wszystko tu jest różowe. Jeśli nie zna się w ogóle tajskiego, to trzeba być przygotowanym na to, że wszyscy będą ciąć na kasę, od taksówkarza po sprzedawcę owoców. Jest dużo cwanych Tajek, które lubią obcokrajowców tylko, dlatego, że mamy kasę. Chwila nieuwagi i laska może z ciebie wyssać wszystko, co masz. One są mistrzyniami w kłamstwach i różnego rodzaju grach. Należy pamiętać, że tajska kultura jest inna. Ceni się tu inne rzeczy, niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni i to my musimy się dopasować. Nie każdy jest w stanie znieść temperaturę, zanieczyszczenie Bangkoku, tragiczny poziom higieny, etc. Do tego dochodzą problemy z wizami. W najlepszym przypadku można dostać wizę na rok, ale nawet wtedy trzeba się przygotować, na co trzy-miesięczne czekanie w kolejkach w urzędzie imigracyjnym, żeby dopełnić absurdalnych formalności.

Z tajską dziewczyną2

Co mogę doradzić? Nie polecam przyjeżdżać w ciemno, trzeba się przygotować, mieć jakiś plan: w jakiej branży będzie się szukać pracy, gdzie się zatrzymać, itd. Można oczywiście przyjechać na pałę, jak mój przyjaciel z Hiszpanii, który znalazł w przeciągu miesiąca prace w agencji turystycznej, jako Assistant Manager, od strzału zgarniając kwotę, o której nauczyciel angielskiego może najwyżej pomarzyć, ale mimo wszystko jest to mało prawdopodobne. Aby pracować w Tajlandii trzeba coś umieć robić. To nie Europa Zachodnia, gdzie zatrudnienie można znaleźć w każdym hotelu lub restauracji, (choć w Tajlandii, i w jednym i w drugim praca jest dostępna dla osób o odpowiednich kwalifikacjach).

Dziękuję za rozmowę!

[Rozmowa przeprowadzona w październiku 2013]

  • valdi

    Na którym uniwersytecie studiuje Pan angielski ?

    • Michal
      • valdi

        A minimalne warunki rekrutacyjne dla Polaka na tym uniwerku ?

        • Michal

          Dla wszystkich takie same warunki. A-levels with transcript of records – mi zaakceptowali dyplom z vocational collegu, czyli odpowienik szkoly policealnej,

          • Guest

            A ja mgr z zarzadzania i finansow przedsiebiorstw – B2 – 38lat

          • valdi

            Ja mam mgr z ekonomii – anglik B2 – 38 lat

          • Michal

            Troche sie nie specyzowalem 🙂 A-levels to skrot od The General Certificate of Education Advanced Level, czyli brytyjski odpowiednik polskiej matury. Co do wymagan jezykowych, to teoretycznie trzeba byc native speakerem na tym programie, ale mamy conajmniej 20 osob ktore sa z krajow nieanglojezycznych, wiec nie sa zbyt restrykcyjni co do tego wymogu.

  • Pingback: Tracy Mckay()

  • Pingback: Ivon Gregory()

  • Pingback: creditmattersinc.org()

  • Pingback: Suzann Lucarelli()